Liczył sobie 60 wiosen. Jego domem teraz była plebania w Staszowie, w parafii św. Bartłomieja. Przez ten czas obaczył już wiele i wiele też poznał. Raz po raz łapał się na tym, jak to często wraca myślami do swoich dni młodzieńczych. Siedział przy pulpicie, przed nim spoczywał papier, w ręku dzierżył gęsie pióro. Zamknął oczy, myśli same napływały.
1) To był schyrpen. Dnie były gorące, choć Słońce biegło już ku jesieni. Miał może pięć roków, a może sześć. Z rodzicielem jachał traktem na Jeżewice. Słońce świciło im w twarze. Taurus prowadził wóz na którym siedzieli. Wyruszyli z miasteczka, a minąwszy Piątkowisko jachali lekko pod górę. Pod kołami wozu łomotały kamienie. Spojrzał i obaczył jak są one odmienne, jeden od drugiego. Chciał uprosić ojca, aby ten zatrzymał wóz, tak aby mógł im się przyjrzeć. Ale ten nie chciał. Musieli być na czas w osadzie. Woźba pierwej była odkrytym traktem, pośród pól. Jedne z nich od zeszłego roku stały puste, czekały na rok kolejny aby przynieść plon. Teraz porosła na nich trawa. Spasano na nich bydlęta. Drugie były jeszcze z owsem, jęczmieniem, żytem, orkiszem, które dochodziły. Na innych za to stały już snopy w kopach. Pośród pól rosły pojedyncze drzewia, a to grusze, a to sośnie, a to dębczaki. Te ostatnie szczególnie podług traktu. Wśród nie zżętych pól kwiatu było co niemiara – białe rumianki, purpurowe kąkole. Koła wzniecały pył. W powietrzu przelatywały wroble, jastkółki, kuropatwy. Stojące w dali żórawie dawały swoje pieśni. Bocziany toczyły po niebie circulos, był to signum co wkrótce ich nie będzie.
Ojciec milczał, a on zmawiał pacierze. Pater noster ..., Ave Maria ..., Credo in Deum ..., Ego Dominus Deus tuus ..., Angele Dei ... . Upił wody z łagwi. Droga była mocno nierówna, wykolebana. Miejscami stało błoto. Najgorzej było jak trzeba sie było wymijać z innymi wozami. Ale dzisia nie było ich dużo. Gdy przejeżdżali obok innych ludzi, witali ich słowami – Laudetur Iesus Christus! Odpowiadali im – In saecula saeculorum! Sami takoż byli witani.
Za drogą minęli dwa wozy i trzech chłopów per pedes. Nie widzieli nijakich kupców. Po czwartym pacierzu już wyraźnie obaczył liczniejsze drzewia. Były to sośnie i smroki. Zmówił jeszcze jeden pacierz. Znów napił się z łagwi. Za drzewiami stały chałupy, a w dali na pagórku pod borem, było widać dwór archidiakona. Na rozstaju zjachali z traktu. Chałupy były małe, niskie, drewniane. Od podwórza stały komory, spichrze, obory i kurniki. Płoty były z łyka, przy nich rósł groch, soczewica, bób i cebula. Chałup było trzy, o kilka stajów statutowych od siebie. Po jednej zostały tylko ściany, dach zapadł się, a wchod straszył czernią. Dwór zaś, modrzewiowy, był duży. Miał trzy okna, a w nich były kolorowe gomółki. Przejachali o jedno staje od niego. Za dworem był folwark. Ojciec pogonił woła, jachali dalej, w kierunku rzeki. Tam, pośród olsu, był młyn prepozyta z kołem wodnym. Jachali po mąkę. Latoś żyto i jęczmień obrodziły. Mieli zabrać pięć beczek z mąką i otrębami. Trzy beczki były ćwiertniowe, a dwie korcowe. Pamiętał, że mąka była, żółta, a nawet jakby biała, drobna. Pańska. Długo mielona i dobrze przesiana. On jeszcze takiej nie próbował.
Kiedy tylko załadowali beczki ojciec obrócił wołu z wozem i poczęli wracać. Teraz jak już połowę drogi mieli za sobą mogli coś przegryźć. Zajadał dobrze wypieczony podpłomyk, ojciec takoż. Popijali wodę z łagwi. Ojciec miał też piwo. No ale on był dorosły, więc mógł.
Pomniał jako raniem ojciec za pazuchę schował krzesiwo, podpał i wiecheć słomy, a do wozu wstawił topór. Teraz zapytał go o to. A – uśmiechnął się rodzic – to na wilki. Mam też to – pokazał mu czerwona fladrę. Szczęściem nie było im to dzisia potrzebne. Tyle co dwa julunki obaczyli.
Nim podjachali pod miasteczko uprosił oćca aby ten zatrzymał się przy tych ciekawych kamieniach. Jeden był szary, drugi jasny, jakby biały, oba jak bryła zastygniętego szkła, trzeci coś jak nakrapiany, czerwonawy, czwarty głównie szary, ale też z jasnymi i ciemnymi okruchami. Jedne z kamieni były większe jak kułak oćca, inne mniejsze. Kiedy patrzył na te kamienie jakby zapomniał o całym świecie. Ojciec już wtóry raz go ponaglał. Spytał go czy może zatrzymać sobie te cztery. Zrazu ojciec odmówił, ale widząc smutek w jego oczach niechętnie zgodził się. Tylko jak my to matce wytłumaczym – powiedział. No nic obaczym.
W ich chacie były dwie izby i dwie komory. Jedna izbę zajmowali starsi, drugą dzieci. W kącie, tam gdzie spał, podle łóżka stała niewielka drewniana skrzynia. W niej miał swoje skarby. A interesowało go wszystko. Co żywe i co martwe. Co duże i co małe. Co ładne i co brzydkie. Wszystko co natura zrodziła.
Po latach spędzonych w dużych miastach, na akademiach, nadal nie wiedział czym są owe kamienie. Jedne z nich to pospolity silex, który po uprzednim rozbiciu okazał się przydatny do krzesiwa, jako krzesak. Choć nie było bardzo trwałe. Nie wiedzieć czemu. Inne z tych kamieni były twarde, nie dawały się łatwo rozłupać. Ale też i niczemu specjalnemu nie mogły służyć, chyba jedynie jako ciężary jakoweś. Nawet dzieła De veteribus et novis metallis, De Natura Fossilium, czy De Re Metallica, których autorem był Georgius Agricola, też nie dały mu odpowiedzi. Kromie tego wokół jego rodzinnego miasteczka zdecydowanie przeważały inne skały, białawe, kruche, któremi można było nawet czasami pisać po innych. Co ciekawe znajdowano w nich niekiedy jakby zatopione ślady coś jak jesteństw, choć nie znanych nauce obecnie.
Już przydatniejsze naszym czasom są, a właściwie były rudy żelazne, znajdywane i kopane na łąkach w rejonie Gosczęczina, które potem w dymarkach przerabiano na żelazo – pomyślał. No cóż nadzieję mieć należy, że w przyszłości nauka i tą zagadkę rozwiąże.
Potem gdy bywał na północnych krańcach Rzeczypospolitej, widział po większych miastach i osadach, że niektóre z tych kamieni co je widział w swoim mieście, tyle, że mocno większe, służyły do budowy zamków, dworów.
2) Pomniał jak innym razem pojachał z ojcem i bratem do bartników, indziej zwanych pasiecznikami. Miał sześć, siedem roków. Za wozem biegł ich pies, Canis. Gdyby gruby zwierz próbował ich podejść da pewnikiem znać. Jak wyjachali z miasteczka pierwej jachali przez łąki zwane Skakawka, potem już borem. Tu liczne były drzewia jak sośnie, smroki, dębczaki, buki. Lasem ujachali ze trzy staje milowe. Tuta, od dwu lat, jak pożog zagarnął niemały kawał lasu, bartnicy mieli swoje barcie. Opodal było oparzelisko, zwane „Ługi”. Mieli do zabrania od nich dwie beczki miodu. Powstanie z niego trójnik, albo czwórniak. Zajmie sie tym, rzecz jasna, miodosytnik. A czemu bartnicy pobudowali tam barcie, a owóż temu, że teraz była tam polana kwieciem leśnym pokryta. Bartodzieje w pniach żywych drzewi drążyli barcie, komory, gdzie bartnicy umieszczali pczoły całymi rodzinami. Potem należało tylko pilnować barci aby dziki zwierz nie dobrał się do nich.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz